Gdy w Mieście Krokodyli dochodzi do krwawego stłumienia pokojowej konferencji asymilacyjnej, nikt jeszcze nie podejrzewa, do czego doprowadzi konflikt między Miastem Krokodyli a Twierdzą Kimerydu. Organizatorce konferencji, Annie Guiteerez, antropolog z Uniwersytetu Krokodyli, udaje się zbiec z samego centrum zamieszek i uratowana przez strażnika wąwozu Tyrsa Mollinę, pół człowieka, pół raptora, trafia do rezydencji burmistrza Twierdzy – Teobalda. W obliczu niedawnej rzezi i wiszącej w powietrzu rewolucji nawet zatajenie prawdziwego powodu przybycia pani profesor do Twierdzy Kimerydu wydaje się nieistotnym szczegółem. Na jaw wychodzą bowiem znacznie bardziej przerażające fakty, sprawiające, że żadne z miast Afryki Południowo-Wschodniej nie może dłużej pozostać obojętne wobec krzywdzących wpływów Europy i hegemonii cesarza Brytanika. Usilna chęć przypodobania się Cesarstwu Europy nagle gaśnie zastąpiona determinacją i pragnieniem odzyskania autonomii kraju Złocistych Piasków.

Fragmenty:

Rozejrzałam się z niepokojem. Przestrzeń wokół mnie zaroiła się od długich szyj elasmozaurów. Mieniły się opalizującymi łuskami. Powróciła znajoma, dławiąca panika. Zdałam sobie sprawę, że wolałam śmierć z ręki człowieka, najlepiej na polu bitwy. Nigdy nie jako ofiara pogody, krajobrazu albo – co najbardziej upokarzające – pożywienie dla prehistorycznych gadów.

– Pomocy! – poprosiłam żałosnym głosem.
– Za bardzo mi się taka podobasz.
Słońce raziło mnie w oczy. Twarz chłopaka rozmazała mi się w jasnej poświacie.
– Błagam o pomoc! Zrobię dla ciebie wszystko! – obiecałam w desperacji.
– Wszystko? Laskę też? – zaciekawił się uprzejmie.
Z wrażenia zabrakło mi słów. A potem po prostu się wściekłam.
– Pieprz się! – krzyknęłam.
– Jesteś kiepska w prowadzeniu negocjacji…
***
Zasłoniłam twarz przed słońcem, żałując, że zmusił mnie do opuszczenia jaskini. Świat na zewnątrz wydawał się teraz rozgrzaną sauną w porównaniu z wcześniejszym chłodem i wilgocią.

– Nie zmuszaj mnie, żebym użył wobec ciebie siły. – Coś w jego oczach powiedziało mi, że był gotowy to zrobić.
– Uciekłam z Miasta Krokodyli. Zrobiłam to, zanim sami mnie znaleźli. Zgubiłam się już parę mil stąd. Chciałam dojść do Twierdzy Kimerydu i stamtąd wsiąść na statek do Europy. Mam pieniądze… – Pokazałam mu smętny zwitek mokrych papierków.

Przewrócił oczami.
– Dlaczego uciekłaś? – Wykazał odrobinę zainteresowania; może wciąż istniała dla mnie nadzieja.
Musiałam powiedzieć mu prawdę i musiałam być przy tym niezłomnie przekonywająca, tak aby w nią uwierzył.
– Byłam jedną z organizatorek konferencji asymilacyjnej dla Ludu Pustyni i obrońców dinozaurów…
***
– Tyrs Mollina! – krzyknęłam.
Skrzywił się, jakbym powiedziała coś wulgarnego, ale skinął głową.
– Do tej pory nie wierzyłem, że jestem sławny na Uniwersytecie. Czyli jesteś tą profesorką, która zapoczątkowała ruchy asymilacyjne w Mieście Krokodyli?
– Nie tylko ja…
– Ale to ciebie widziałem w telewizji. – Tyrs zmarszczył brwi. – Antropolog Anna Guiteerez.

Górował nade mną wzrostem i siłą. Nagle poczułam się przy nim nieswojo. Do tej pory był dla mnie tylko legendą, migoczącym zdjęciem na ścianie wyświetlanym z projektora.

Jego babka urodziła dwójkę dzieci raptorowi. Tyrs Mollina był więc w prostej linii potomkiem człowieka i bestii. Wybrykiem natury, który wymykał się wyobraźni nawet genetykom cesarza. Zdobył sławę jako najskuteczniejszy strażnik wąwozu Twierdzy Kimerydu. Sprzedawał swoje usługi Teobaldowi, burmistrzowi Twierdzy, za co ten otaczał go opieką, a jego wielodzietna rodzina miała dach nad głową i nie głodowała.
***
– Witaj, Anno.
Obróciłam się i zamarłam. Zacisnęłam palce na barierce, ignorując przejmujący ból w lewej dłoni.
– Przecież ty nie żyjesz – wychrypiałam.
– Podobno.

Teobald Elasmos nonszalanckim krokiem podszedł do barierki i przesunął wzrokiem po malowniczej okolicy. Według oficjalnej wersji burmistrz Twierdzy Kimerydu zginął w trakcie zamieszek na Uniwersytecie. Był jednym z zaproszonych przeze mnie gości. A teraz stał przede mną w rozchełstanej koszuli i spodniach koloru khaki, przypalając papierosa. Nie umiałam opanować drżenia dłoni. Gdzieś na skraju umysłu świtała mi okropna prawda, ale nie byłam w stanie jej sformułować. Język odmówił mi posłuszeństwa.
***
Drzwi do niego były uchylone. W pierwszej chwili zamierzałam przemknąć obok, ale głos Tyrsa osadził mnie na miejscu.
– Dzisiaj nie spotkałem ani jednego.
– To jeszcze nie oznacza, że raptory opuściły Twierdzę – odpowiedziała mu najprawdopodobniej kobieta; mimowolnie nadstawiłam uszu.
– Wiesz, jak Teobald nie lubi raptorów…
– I ciebie.
– Właśnie.
– Pewnie sądzisz, że dlatego urządził na nie polowanie?
– Ja bym tak zrobił na jego miejscu.
– Na szczęście na nim nie jesteś.
Zaschło mi w gardle. Przypomniałam sobie jego misterny tatuaż. Wcześniej nie poświęciłam mu wystarczającej uwagi. Teraz zaczęło mi się wydawać, że jego faliste, błękitno-seledynowe wzory układały się w łuski…
***
– Z taką figurą zarwiesz wszystkich moich strażników!
– Wystarczy, że twój syn próbował mnie właśnie podrywać.
Wzięłam ze stołu kieliszek i stanęłam w słońcu, które prześwitywało spomiędzy gałęzi drzewka pomarańczowego. Grzało mnie w plecy, miałam nadzieję, że wysuszy też moją sukienkę.

– Który? – Teobald zachichotał.
– Podejrzewam, że obaj. Nie znam się na zwyczajach godowych elasmozaurów.
– Podobasz mi się, Anno Guiteerez – przyznał burmistrz, wygodnie wyciągając się na krześle. – Potrafisz zawstydzić moich chłopaków, a to już jest wielki wyczyn.
– Że niby wielką trójcę?
– Tak. – Teobald cicho się roześmiał, ale szybko spoważniał. – A teraz, skoro zdradziłem ci mój sekret, pora, żebyś odwdzięczyła mi się tym samym. Chcę wiedzieć wszystko o Tytusie Beringu. Musimy się dobrać do tego sukinsyna.
***
Przyglądałam się, jak burmistrz wkładał brakujące elementy zbroi strażnika wąwozu. Był w dobrym nastroju. Odnosiłam wrażenie, że ta z pozoru uprzejma wymiana zdań pomiędzy nim a cesarzem znaczyła więcej, niż przypuszczałam.
W końcu Teobald odwrócił się w moją stronę.
– Dziękuję, Anno. Okazałaś się bardzo przydatna.
Wyciągnął sztylet zza pasa. Przełknęłam ślinę i odsunęłam się pod samą ścianę.
– Zamierzasz mnie zabić?
– Jesteśmy na wojnie, a ty sobie na to zasłużyłaś. Myślę jednak, że gdybyś to nie była ty, to Brytanik znalazłby kogoś innego. Nie robi mi to więc żadnej różnicy, czy cię zabiję, czy nie. Jesteś tylko pionkiem w grze.

Podszedł do mnie i znowu mnie związał. Nie protestowałam, miałam dość uciekania.
– Chcę spotkać się z Tyrsem – powiedziałam.
– Prosisz mnie o zbyt wiele. Dawno wyczerpałaś moją gościnność.
Mignęło mi srebrne wykończenie jego pancerza, zanim uderzył mnie trzonem sztyletu w głowę. Runęłam na ziemię, tracąc przytomność.
***
W ciągu jednego roku stałam się nową afrykańską gwiazdą. Pierwsza odezwała się do mnie Abba, wysyłając podziękowania za to, że przedstawiałam jej rodzinę w tak pozytywnym świetle. W darze podesłała mi ręcznie tkaną spódnicę wyszywaną diamentami. Do tej pory leżała gdzieś w odmętach mojej szafy w domu, który zajmowałam w Mieście Krokodyli.

Potem przyszedł czas na Teobalda. To on zaproponował spotkanie wszystkich zaangażowanych w sprawę stron. Uważał, że istniała szansa na pokojowe zjednoczenie południowej Afryki. Konferencja na Uniwersytecie wydawała mi się idealnym rozwiązaniem.

– Nie boisz się reakcji cesarza?
– Nie muszę mu się ze wszystkiego spowiadać. Mam mu po prostu dostarczyć żywą hybrydę raptora i człowieka.

Autor: Magdalena Pioruńska

Tytuł: Twierdza Kimerydu

Wydawnictwo: Fundacja Szuflada/ Wydawnictwo Novae Res

Liczba stron: 400

Data wydania: 20 marca 2017

 

„3 dni miłości” to krótka opowieść o tym, co działo się w Twierdzy Kimerydu bezpośrednio przed przybyciem Anny. Pokazuje codzienność Tuliusza, Tycjana i Tyrsa, a także rzuca większe światło na charakter ich skomplikowanych relacji. Pora przyjrzeć się temu czasu zanim na dobre się skończy!

 

 

 

 

 

Premiera: 1 kwietnia 2019

Wydawca: Fundacja Szuflada

Liczba stron: 45 stron

Fragmenty:

1. Tyrs:

„Nie chodzi o to, że nienawidziłem płaczu, mimo że faktycznie wywoływał we mnie skrajną irytację. Tolerowałem go jednak ze względu na bolesną świadomość, że inni potrzebują dać upust swoim emocjom, żeby się nimi nie zadławić. Ja spalałem moje w ciągłym ruchu i działaniu”.

„Drgnąłem, zwracając się w jej stronę. Odsunąłem jej włosy i przesunąłem opuszkami palców po policzku. Był mokry. W panującej ciemności nie zobaczyłem jej łez, ale je usłyszałem i poczułem. Moje zainteresowanie wyrwało z niej żałosne łkanie, które szarpnęło też ostatnim pozostałym w moim ciele wrażliwym włóknem”.

„– Słyszałeś? – ująłem go za chude ramię i zmusiłem, żeby spojrzał mi w oczy. – Jesteśmy rodziną i nie będziemy się wzajemnie krzywdzić. Będziemy się wspierać”.

2. Tycjan:

„Woda zawsze mnie uspokajała. Łagodziła nagromadzony w mięśniach stres, rozmiękczała stwardniałe mięśnie, ciągnęła mnie na dno, gdzie mogłem się po prostu położyć i obserwować kłębiące się nade mną fale”.

„Najpierw usłyszałem jego obecność, kiedy jego wielkie płetwy zaburzyły rytm podwodnego prądu. Krążył wokół mnie, a wir wody łaskotał moje przedramiona i unosił mi włosy w górę. Wyciągnąłem na oślep ręce, a on, przyjmując zaproszenie, wpłynął w moje ramiona z gracją charakterystyczną tylko dla jego opływowego, podłużnego ciała. Pociągnął prosto na powierzchnię i równocześnie wypłynęliśmy ponad poziom wody”.

„– Chciałbym zostać z tobą – wyznałem w końcu. – To o wiele łatwiejsze niż być samemu.
– Nie możemy być razem.
Wiedziałem o tym i o wielu innych sprawach, chociaż zazwyczaj udawałem, że było dokładnie odwrotnie:
– Ale jesteśmy”.

3. Tuliusz:

„Tak naprawdę śmiech nie wróżył nic dobrego. Ten, który znałem, zwykle był nieszczery, szyderczy albo wręcz okrutny. Ludzie śmiali się w mojej obecności wyłącznie ze złych powodów. Nigdy ze mną, bardziej ze mnie. Odczuwałem to jeszcze długo przed tym, zanim pojawiła się Tulia. Byłem bladym, wątłym Europejczykiem w mieście pełnym ciemnoskórych, zahartowanych w bojach wojowników. Nie lubili mojej delikatności i płochliwej natury, zbyt śmiało spoglądali na moją piękną matkę i w swoich głowach planowali, jak ją zniewolić. Od samego początku czułem się w Twierdzy obco, jakbym pod wpływem niefortunnego zrządzenia losu trafił na nie swoje miejsce na Ziemi. Marzyłem o tym, żeby kiedyś znaleźć to prawdziwe, wypełnione ludźmi, którzy rzadziej się śmiali, za to częściej słuchali tego, co mam do powiedzenia”.

„Nie umiałem dłużej chować do niego urazy. Był moim Tycjanem, moim srebrnowłosym księciem, i kochałem go, choć każdy kolejny dzień przypominał mi, że nie umiem tego robić zdrowo”.

„– Nie potrzebuję kolejnego zbawcy. Nie zgadzam się, żebyś ty też nim był – wyjaśniłem. – Nie chcę być zbawiany. Zapamiętaj to sobie”.